Małpi Las

Pamiętacie Planete Małp? No to było podobnie, dziwne posągi, klimat jakby z miasta pochłoniętego przez puszczę i małpy. Małpki jak to małpki coś tam w sobie mają ale ogólnie są wredne i maja wyje.. znaczy żyją swoim życiem nie przejmując się turystami. Leża wygrzebują z siebie robaki, czasem romantycznie się piep… przytulaja. Czasem zdarzy się jakiś naiwniak chcący dać im banana, zazwyczaj wtedy chce go podarować najmniejszej najbardziej uroczej małpce.. Nic bardziej mylnego. Każdy teren ma swojego Big Boss który z impetem wskakuje na ofiarę wyrywając owoc. O zgrozo wygląda to przekomicznie. A wystarczy tylko usiąść na parę minut dać sie im oswoić i łażą po tobie jak po kredensie.

 

malpa z malpa

P1260066

P1280076

P1280087

P1280088

P1280097

P1280134

P1280136

P1280153

P1280156

P1280161

Cała przyjemność 30 000 IRD czyli jakieś 9zł., czyli dwie kawy w knajpie.. albo pół masażu.

 

PDF Creator    Send article as PDF   

Ceremonia

Codziennie rano Balijczycy modlą się zostawiając kwiaty na ulicy.
Zmieniam hostel na home stay i przypadkiem trafiam na ceremonie.
Niespodziewanie dostaje tradycyjne balijskie przebranie co wzbudza spore zainteresowanie balijczyków na ulicy.

P1230007

P1230017

P1230020

P1230023

P1230024

P1230025

P1230027

P1230029

P1230031

P1230013

 

Idzie się tu strasznie zapomnieć. Nie dziwie się ludzią którzy nie chcą stąd wyjeżdżać i utykają tu na zawsze.

Poznaje Anuszke i knujemy plany jak podróżować całe życie. Kilka dni mija nam zaskakująco szybyko.

PDF Printer    Send article as PDF   

Najgorsza praca na świecie

Spędzamy wieczór na plantacji kawy pijąc najdroższa kawe na świecie. Jesteśmy w Kalisat, wiosce słynącej z uprawy kawy. Dookoła nas wulkany i ciągłe odgłosy muzułmańskich modlitwa. To ostatnii taki wieczór. Choć im bliżej Bali tym mniej restrykcyjnych muzułmanów spotykamy.

kawa

Nie zdarzyło mi się nigdy wstawać o pierwszej w nocy, zazwyczaj to godzina o której kładę się spać. Namawiani jednak przez Indonezyjczyków, że warto zwklekamy sie z łózka aby dostac się na Kawah Ijen. Będąc w Polsce strasznie byłam ciekawa tego miejsca.

Czekają nas dwie godziny wspinaczki w ciemnościach, prawie 2800 mnpm. Kopalnia siarki otoczona toksycznym jeziorem. Po drodze słyszymy historię jak któregoś dnia na 50 ludzi tam pracujących zginęło 48 z powodu oparów jakie się wydobyły.

Jesteśmy wykończeni i jest 3 rano kiedy docieramy na mniejsce. Oglądamy górę siarki palącą się na niebiesko. Aby zejść niżej tubylcy znajdują dla nas maski, powietrze tam jest naprawdę gęste a wszystko wydaje sie być tak oderwane od rzeczywistości, że aż nie możliwe.

siarka1

siarka2

siarka3

siarka5

Nasz przewodnik uważa się za szczęśliwego człowieka, dźwiga siarkę z kopalni 2 razy w tygodniu, gdzie równowartość 1kg to jakieś 17-20 groszy. Jednorazowo wynoszą koło 60-80kg. Patrzę na niego z nie dowierzaniem. Jeszcze raz podkreśla, że ma szczęście gdyż posiada dwie prace jedną tu inna w mieście.
Standardowo ja ledwo łapie oddech a oni palą sobie papierosy.

ważenie

Oprowadzają nas po kopalni, pokazują płynna siarkę, robią z niej w wodzie figurki. Prawie jak lanie wosku, trochę bardziej toksyczne ale co tam. Spędzamy z nimi 2godziny w oparach chlorowodoru i dwutlenku siarki. Ja martwie się o swoje zdrowie kiedy oni bez skrępowania wkładają gołe ręce w płynna siarkę, uśmiechając się i pozując do zdjęcia.
-Hot hot!
Pokazują nam kawałki gorącej ledwo odlanej siarki, powtarzają to wielokrotnie widząc zdziwienie na naszej twarzy wynikające z tego jak świetnie zorganizowane jest to bezpieczenstwo i higiena pracy.

siarka4

siarka6

Myślę, że jako europejczycy bywamy rozpieszczeni. Wspinamy się aby zejść kilkaset metrów w dół do punktu pomiarowego.

Cała drogę schodząc w dół nie mogę się nadziwić. Jest bardzo stromo, moje kolana ledwo wytrzymują takie pochylenie. A oni uśmiechają się do nas za każdym razem, witając się z nami na drodze. Zawsze pytając czy nie chcemy zrobić sobie z nimi zdjęcia. Jak na mnie dość bez stresowe podejście do pracy.
Myślę, że to jeden z takich momentów do których będę wracać i który na pewno zostanie we mnie na długo

siarka7

Create PDF    Send article as PDF   

Wulkan w drodze do Raju..

W Yogyakarcie poznaje Sarii i Mariano, postanawiamy wyryszuć razem do Probolingo, aby zobaczyć wulkan. W pociągu jesteśmy jak zwykle atrakcją, panowie roznoszący jedzenie zaczepiają nas chętnie. Siadają z nami policjanci pokazując broń, dzieci dziwiące się kolorowi naszej skóry, więc podróż jakoś tam mija.
Uczymy Indonezyjczyków czym są warcaby, też maja maja grają grają. Dość się nas wstydzą i ciągle przeszkadzają za swój angielski.

Znajdujemy biuro podróży i postanawiamy kupić połączoną wycieczkę, łączenie z promem na Bali..

Zapowiada się ciężko. Ledwo co przezwyciężyłam JetLag a już każą wstawać na wschód słońca o 3 rano. Podobno warto, a jak tubylce twierdzą, że warto to co mamy do stracenia.

jepodsrodka
Lądujemy na miejscu widokowym niedaleko Bromo, i zaczynamy wspinaczkę. Tysiące starych jeepów po parkowanych jak i gdzie się da. Setku skuterów, spaliny a ludzi tyle co na wooodstocku. Ciemno i pada, nie ma jak przejść więc co jakiś czas przychodzi nam skakać po jepach, przeciskać się przez skutery i gnać jak najszybciej, aby nie zadusiły nas spaliny.

jepbromo

Wszyscy tłoczą się na miejscu widokowym, ktoś rozpala ognisko, ktoś częstuje nas jedzeniem i zaczyna się..

-foto foto?

bromofotofoto

Tubylcy jak i my odrobinę rozczarowani mgła i słabą widocznością postanawiają zacząć robić sobie z nami zajęcia. Zajmują nam ponad godzinę, od uśmiechów i pozowania ewidentnie bolą nas już twarze więc uciekamy. Trochę z wyrzutem, bo wszyscy tu tak mili tak serdeczni i tak wdzięczni, że ma się ochotę ich wszystkich adoptować.

Trafiamy do Jeepa, a raczej kierowca Jeepa wyłapuje nas z tłumu. Wszyscy oni są dla mnie tak podobni.
Lądujemy pod Bromo i zauważam iż spacerów nie koniec. Oczywiście można wynająć sobie konika który podwiezie cię pod same schody, ale po co.

droganabromo3

konik1

Deszcz ustał a widoki zarobiły się niesamowite. Trochę wygląda jak na księżycu do tego ciągły gaz wulkaniczny. Pomieszanie siarki pyłu i pary wodnej. My się dusimy a tubylcy z konikami palą sobie fajki. Wiadomo nie trafiło na mięczaków.

bromodziura

 

drogazgóry

 

costambudowla

bromo

bromo2

 

Zasypamy w samochodzie w drodzę na plantację kawy, gdzie czeka nas kolejna noc… noc… Trudno określić to nocą skoro wywalić nas chcą z łóżka o 1 nad ranem.. Czy było warto?

PDF Converter    Send article as PDF   

RUN CGK

Ląduje w Berlinie, gdzie z Maćkiem wybieramy się na nocną wycieczkę po mieście. Uczy mnie jeździć na gapę po niemiecku. Ładujemy się w autobus który podąża tą samą drogą co autobus turystyczny ale jest o wiele tańszy. Kręcimy się trochę po mieście, nawet Alexander Plaze o tej porze przy tej pogodzie jest pusty. Jest niedziela, pada.. wszyscy Niemcy spią.
Rano odprowadza mnie na autobus i od tej pory zaczyna się moja podróż sama. Nie będzie już nikt pilnował mojego bagażu mnie, ani drugi czy przypadkiem nie zabłądziłam.
Walczę na 3 na różnych lotniskach. Lecę najmniejszym samolotem świata potem w Paryżu przemierzam kilometry starając się odszukać odpowiedni terminal. Wszyscy czar… afroamerykanie, robią mnie w konia. 12h lotu podczas którego postanawiam, iż już nigdy nie powiem, że turbulencje są czymś fajnym. Byle nie usnąc w Kuala lumpur. Ostatni samolot i Dżakarta.
Przekrzykuje się z taksówkarzami jestem zbyt zmęczona aby złapać autobus. W końcu ląduje pod hotelem. Nie widać białych, nikogo nie widać a moje blond włosy krzyczą tu o pomstę do nieba. Ruch jest taki, że przejść przez ulice zajmuje mi 15min, a przed wejściem do supermarketu musze oddać bagaż na skan i przejść przez bramki. Ciekawy kraj. W głowie mam jedynie obraz by wydostać się z tego miasta jak najszybciej. Może to przez to za muzlim otacza mnie z każdej strony, może przez moje blond włosy a może przez brak turystów.
Ląduje na dworcu i już wita mnie normalna Azja. Rodzina z dziećmi obok której siadam ogarnia mnie, mój pociąg jak i częstuje czym tylko się da abym porozmawiała z nimi po angielsku.
Tu nie całuje się kobiet w dłonie, przykłada się ja do czoła na znak szacunku. Zaczepia mnie jeszcze kilka kobiet, aby upewnić się czy wszystko w porządku i czy wiem dokąd jade. Wszystkie obiecują że w Yogyakarcie będę się czuła lepiej.
W pociągu odnajduje hostel, dzięki Lonley Planet a potem przesypiam kolejną dobę odsypiając JetLag.

indonesia01 225

indonesia01 223

indonesia1

indonesia01 233

indonesia01 231

 

PDF    Send article as PDF   

DZIĘKUJEMY Mamo

Przebyłysmy 22271,63 km, samochodami, autobusami, busami, motorami.

Wszystkim którzy nas nakarmili, ugościli i zadbali w jakikolwiek sposób o nasze dobro….
Tym którzy pomogli nam w drodze oraz tym spotkanym na drodze jak i kibicującym nam z Polski.

DZIEKUJEMYYY!

Chwila oddechu i uciekam dalej.

101_6737a

fot.Anna Stelmaszewska

Fax Online    Send article as PDF   

วันฮาโลวีน/ Wạn ḥālowīn/ Halloween

Koh san road pęczniał od rana. Pęczniał jedzeniem, alkoholem, halloweenowymi przebraniami. Personel na całej ulicy malował twarze i stroił się do przywitania Europejczyków, którzy już wieczór wcześniej zaczęli pojawiać się w większej ilości niż zazwyczaj.

Europa się bawi, pijąc z wiaderek plastikowych wódkę. Amerykanie robią więcej wstydu niż Europa jednak nie wiem czy chciałabym dać się ocenić w tych zawodach. Najlepiej bawią się Tajowie, którzy piją z klasa. Być może dlatego, że pije sie tu często. Alkohol można kupić tylko w określonych godzinach, nigdy po 24.

 

101_6717

fot.Anna Stelmaszewska

101_6721

fot.Anna Stelmaszewska

101_6727

fot.Anna Stelmaszewska

101_6729

fot.Anna Stelmaszewska

101_6733

fot.Anna Stelmaszewska

101_6735

fot.Anna Stelmaszewska

101_6738

fot.Anna Stelmaszewska

101_6739

fot.Anna Stelmaszewska

PA090105

fot.Anna Stelmaszewska

 

 

PDF Creator    Send article as PDF   

กรุงเทพฯ! กรุงเทพฯ!/ Krungtheph‡ ! Krungtheph‡ !/ Bangkok! Bangkok!

Bangkok budzi nas o 5 rano, wyrzucając nasze bagaże na środek ulicy i kulturalnie zostawiając nas na pożarcie taksówkarzy. Przebijając się przez niedopitych zombiaków trafiamy do Gompy. Wg mnichów nikt nie trafia tam przypadkiem. Zrzucamy bagaże, nikt się nami nie interesuje poza dwoma psami które obszczekują nas co jakiś czas. Najtańsze guest house-y zaczną przyjmować gości później, więc mamy kilka godzin na regenerację. Zaczyna się nami interesować mnich, który nie pozwala nam spać w męskim klasztorze, jednak spokojnie mamy posiedzieć u nich do wschodu słońca. Po tak fatalnym przebudzeniu i kilku godzinach snu dostajemy wodę, soki i prawie byśmy nie odeszły gdyby nie fakt, że bardzo chciało nam się bardzo spać.

Odsypiamy trochę a potem ruszamy w nocy na miasto.
Przypadkiem trafiamy do świątyni na modlitwę, oczywiście jak zwykle jedyne białe na obiekcie. Nawet kasa była już nie czynna.

101_6715

fot.Anna Stelmaszewska

 

PA090106

PA090107

PA290397

101_6714

fot.Anna Stelmaszewska

 

 

PDF Printer    Send article as PDF   

ในชีวิตประจำวันที่แตกต่างกัน/ Nı chīwit pracả wạn thī̀ tæk t̀āng kạn/ Codziennie odmiennie

Przywykłyśmy, do napoi podawanych w reklamówkach. Tego, że wszyscy chcą za drobną opłata 4zł/kg wyprać nam rzeczy. Do przechodzenia na dziko przez jezdnie. Machanie do nas przez motocyklistów i wszechobecne uśmiechy też są całkiem fajne. Bankomat kłamią i nie chcą wydawać pieniędzy, bo nie mają. A my, niczym kiedyś nasi rodzice za cukrem, oczekujemy ich uzupełnienia. Pani zszywa moja torebkę za 2zł od ręki.

PA230336

Dziewczyny, które sprzedają nam sushi za 50gr dodają darmowe porcje. Powoli jak w domu.. a będzie pora się pożegnać i wrócić do Bangkoku.
Gospodyni częstuje nas śniadaniem, dobrym, darmowym. Po kilku dniach znamy każdego na ulicy wiemy kto z kim i dlaczego. Plotkujemy, znamy nawiedzona herbaciarnie i nie lubimy Niemca z naprzeciwka.

Jednak do tak dobrego jedzenia jakie oferuje nam Tajlandia, nie wiem czy kiedykolwiek będę mogła przywyknąć.
Jedzenie nurkowanie wyspy.

Wycieczka nowi znajomi. Dożo nurkowania, Brazylijczycy, Niemiec, Estończyk który jechał stopem przez Polskę i krzyczy do mnie „Disco Polo”PA250381 PA250378 PA250371 PA250368 PA250362 PA250358 PA250345

Create PDF    Send article as PDF   

การเดินทางสำหรับสองรอยยิ้ม/ Kār deinthāng s̄ảh̄rạb s̄xng rxy yîm/ Podróż za dwa uśmiechy

Dzień zaczyna się leniwe. Wstajemy koło 12 i szukamy naszych najulubieńszych ciastek z cukru trzcinowego na parze.

101_6691

Koło godziny 18, pojawia się plan. Lepiej późno niż wcale. Uderzamy do oddalonego o 17km Ao Nang.
Nalin rozbawiona naszym planem próbuje nam to wybić z głowy. Rano 50Baht, teraz zapłacimy 100Baht bo taryfa nocna. Po naszych minach widzi: nic z tego. Wyciągamy mapę a ona nakreśla nam trasę na przystanek autobusowy.

Kroić, kroić.. nas?

Znajdujemy tą ulicę, znajdujemy nawet przystanek. Pytanie czy to nasz? Rozglądamy się na około szukając znaku na niebie czy ziemi, albo znaku albo Boga. Pojawia się, Taj w pomarańczowej kamizelce.
Z angielskim nie za bardzo, jednak kiwa głowa i jego entuzjazm udziela się i nam. 40bath. Cieszymy się jak głupie, ba lepiej niż stawka za dnia. Pokazuje nam skuter. Zaczynamy rozumieć cudną cenę.

Zobaczymy, los trochę zaśmiał się z nas.

Tajlandczycy jeżdżą jak szaleni. Jeśli masz czerwone światło skręcają w lewo na skrzyżowaniu, zawracają i znów zakręcają w lewo. Zamiast kasków ubierają reklamówki kiedy pada. A na jednym skuterze mieści się około 2 dorosłych i 3 dzieci. Tym razem miałyśmy kaski mamo (:

Naszym oczom pojawia się Tesco.
-Ok
-Nie OK. – grubo nie ok dodaje w myślach
-Musimy się z nim dogadać – Dodaje Ana.
-This is big shop, small shop.
-Ok, Ok – dodaje Taj

Jego entuzjazm widoczny jest na każdym kroku, a skoro nas nim zaraża i tak warto spróbować.
Pojawiamy się przy targowisku, nie przy nad oceanicznym deptaku.

-NOOO – wybuchamy śmiechem
-No?

Zabiera nas dalej wydaje nam się, że wracamy do miasta. No wracamy to nasz guest house. O i właśnie go mijamy. Wysadza nas przy budce gdzie pan serwuje naleśniki.

-My Friend. – daje gest palcem iż powinniśmy z nim porozmawiać.

Trafia do nas, że ani angielski, ani czytanie nie jest mocną stroną naszego przyjaciela. Wyjaśniamy kucharzowi o jakie miejsce nam biega i dostajemy nową cenę 300bath. My jak to my. Dziękujemy płacimy za przejażdżkę. Było warto, ale spadamy. Autobus, tanio, przygoda super, ale na nas czas.
Mijamy sobie trzy przecznice i juz 500m od celu, widzimy naszego kolegę.

-Ok, ok, 100Baht, 100Baht, 200Baht
-Ok.

Pakujemy się na skuter. Zawiózł, poczekał odwiózł. W międzyczasie zjadłyśmy posiłek u przeuroczej pani. Wbija miedzy restauracje które chciały nas skroić po 200Baht minimum płacimy 50Baht.

PA210310
Super wieczór, ale trochę jak na monciaku w Sopocie, plus pełno hinduskich naganiaczy.

PDF Converter    Send article as PDF